Alpenspitz prawie zdobyty
Nie zapowiada się pogodnie. Mimo wszystko planujemy wyjazd na do najbardziej znanego zamku w Niemczech- Neuschweinstein (21 km) – dzieło Ludwika II Szalonego, który nie wiedział jak wiele pieniędzy jego wyobraźnia przyniesie Niemcom- zamek odwiedza co roku milion turystów. Nie wiem, ile było dzisiaj po naszym przyjeździe, ale kilka tysięcy na pewno. Koszmar. Brak parkingów, kolejka do kasy kilometrowa. Postanawiamy, że przyjedziemy tutaj w inny dzień, ale przed otwarciem kas- inaczej nie ma to żadnego sensu, szkoda dnia. Ja o tym wszystkim czytałam, ale jakoś nie chciało mi się wierzyć, że tyle ludzi może być na raz w jednym miejscu. Zamek zarówno ten disneyowski, o którym wspominałam, jak i drugi Hochenschwangau, w którym Ludwig mieszkał i z którego Ludwig obserwował budowniczych bajkowego zamku widać na skałach. Imponujące. I na pewno warto tam iść, ale czy koniecznie z tysiącami innych turystów? Wracamy więc do Nesselwangu i postanawiamy, że zaliczymy Alpenspitz i to na piechotkę. Pogoda taka sobie, stroje trochę grubsze i wyruszamy trasą widokową zwaną drogą nad wodospadem (Wassfallweg). Urokliwa, ale wcale nie jest łatwo, powiem więcej nie mamy po prostu siły wspinać się tak stromo (wychodzi siedzący tryb pracy…). Obok płynie strumyk przeradzając się ze strumyczka w rzeczkę, a potem w wodospad. Naprawdę ładnie. I naprawdę trudno.
I trochę turystów, ale jakoś nie zastanawia nas fakt, że wszyscy bardziej schodzą niż wchodzą. Dużo schodków i bardzo stromo miejscami. Na stacji pośredniej po jakiejś godzinie wędrówki dzieci leżą już na drodze i odmawiają dalszego przemieszczania się. Cukierki mocy nie działają, a to się zdarza naprawdę rzadko.
A na szczyt potrzeba nam jeszcze co najmniej godziny jak nie dłużej i trasa jest jeszcze trudniejsza. Pozostaje nam chyba tylko wjazd wyciągiem. Ale najpierw ojciec rodziny postanawia wypróbować czegoś nowego, a mianowicie wjechać na szczyt kolejką a potem zjechać na linie (alpen-kick) z prędkością dochodzącą do 120 km/h 80 metrów nad ziemią. Zabezpieczanie śmiałków chwilę trwa, podobnie jak uświadamianie im, że cokolwiek by się wydarzyło, to już ich odpowiedzialność.
Czekamy więc grzecznie na wyczyn głowy rodziny, marznąc po trochu, bo pogoda niestety się psuje. Udało się- cały i zdrowy wraca do nas, ale chyba musimy zrezygnować z planów wjazdu na szczyt, bo jest bardzo zimno. Schodzimy więc na dół, ale inną trasą, bo część drogi w dół chcemy pokonać na nogach, część na torze saneczkowym. To dopiero jest radocha zjechać ponad kilometr na sankach! Wszystko to jeszcze w przyzwoitej cenie, bo 9 EUR od trójki.
Myślę, że mimo, że nie dotarliśmy na szczyt, wszyscy zasłużyli na lody po tej wędrówce. I na chwilę odpoczynku. Wieczorem wybieramy się do Füssen na spacer starówką. Cudne miejsce z kolorowymi kamieniczkami, placykami z fontannami- po raz kolejny dobrze nam tam…









