Budapeszt 2017- Buda i Peszt

Dzień II- odkrywamy Budę i Peszt

Po śniadaniu wyruszamy w stronę Wzgórza Zamkowego. Mijamy przepiękne kamienice, często przy otwartych wejściach obserwując przepiękne sklepienia, nawet w tych najbardziej zniszczonych.

Tym sposobem dochodzimy do dzielnicy żydowskiej. Nie sposób jej nie zauważyć- Wielka Synagoga-druga co do wielkości bożnica na świecie. Mieści ponad 3 tys. wiernych. Zresztą historia Żydów w Budapeszcie jest bardzo ciekawa i smutna zarazem. Ślady ich bytności zauważymy jeszcze w innym miejscu, ale to na potem. Kolejka już się ustawiła, zaraz otwierają trasę dla turystów. Przewodniki audio są również w języku polskim. Bardzo nas kusi, żeby zostać i zwiedzać, ale nie damy rady czasowo. Następnym razem.

Niedaleko dalej na naszej drodze staje Bazylika Św. Stefana. Tutaj trzeba wejść z dwóch powodów: po pierwsze wnętrze kościoła- mroczne i bogate, ale uwagę przyciąga postać w centralnej części ołtarza – naturalnej wielkości Św. Stefan- nie Jezus, nie krzyż, tylko Stefan. A w bocznej kaplicy spoczywa najbardziej czczona węgierska relikwia- Święta Prawice Króla Stefana, która ma za sobą niezwykle skomplikowane historie wędrowne. W prawej wieży znajduje się największy na Węgrzech dziewięciotonowy dzwon, podarowany przez czytelników jednego z niemieckich kościelnych tygodników jako zadośćuczynienie za zagrabienie poprzedniego przez nazistów w 1944 roku.

Dobra, to cały czas był ten pierwszy powód. Drugi to wjazd na antresolę na kopule bazyliki- to są widoki. Płatny co prawda, ale cena nie straszy- chyba z 7 PLN wychodzi na głowę. Spędzamy tam dużo czas, bo nie możemy się napatrzeć. Naszym celem jest jednak Góra Zamkowa, którą widzieliśmy z antresoli. Aby się na nią dostać musimy przejść przez most łańcuchowy. Istnieje oczywiście wiele legend dot. mostu i jego twórcy, najbardziej popularna zarzuca mu, że lwy po obu stronach mostu nie mają języków. Twórca twierdził zawsze, że mają, ale tak głęboko schowane, jak schowane powinny być języki kobiet. Mężczyźni kupują to wytłumaczenie i oczywiście się cieszą.  No cóż…

Na Górę Zamkową można dostać się na dwa sposoby: albo startując na piechotę od punktu zero, albo wjeżdżając zabytkowym funikularem, zwanym  po węgiersku siklo. Długość trasy wynosi 95 m, a różnica poziomów między dolną i górną stacją- 50 m. Max. prędkość to 3 m/s. Bilet na osobę w jedną stronę kosztuje ok. 15 PLN, w obie- ok. 22 PLN. My decydujemy się wjechać na Wzgórze,  ale z góry zejść na własnych kończynach. Szału nie ma z tą jazdą. Krótko, szybko i po wszystkim. Widoki fajne.

Zaraz po wjeździe wita nas sześciometrowy pomnik turula- mitycznego ptaka- pół orła, pół sokoła z madziarskich legend.  Turul jurny był bardzo i podobno zapłodnił we śnie księżniczkę Emese, odtąd tylko potomkowie jej syna mogli sprawować władzę. Czyli w sumie opłacało się jej J

Przechodzimy na Zamek Królewski, który w swojej historii niemało przeszedł. Teraz można podziwiać go w pełnej krasie, mimo wszystko jednak wzrok przyciąga roztaczająca się z zamku panorama Pesztu. Po spacerze po dziedzińcu zamkowym udajemy się do Kościoła Macieja. Jeden z najcenniejszych zabytków miasta. Ciekawostką jest to, że po zdobyciu Budy przez Turków w kilka chwil został zamieniony w meczet. Przy zamianie zniszczono niestety większość fresków i usunięto wyposażenie. Później już tylko próbowano przywracać dawną świetność kościoła. Wewnątrz piękne freski i witraże. Można wejść też na wieżę widokową. Nie wchodzimy. Widoki piękne są wszędzie, a my zaciekawieni spoglądamy już w kierunku Baszty Rybackiej. Baszta powstała na miejscu dawnych murów miejskich i miała pełnić rolę tarasu widokowego. Miał ktoś pomyślunek!!! Jeden z ewidentnych symboli Budapesztu. Tutaj po prostu trzeba sobie zarezerwować czas i nic nie robiąc czerpać z uroków tego miejsca…

Na Wzgórze Zamkowe dobrze zarezerwować sobie choć 4 godzinki. Bo jest urokliwie. Bo jest bajkowo. Spacer w dół zajmuje nam jakieś 20 min. I nie wymaga żadnego wysiłku.

Droga powrotna wiedzie nas nadbrzeżem, tzw. naddunajskim korso. Wybudowano tutaj dużo różnych hoteli, w większości luksusowych. Cała trasa przepełniona kafejkami. Uwzięłam się, że znajdę dla mnie małego księcia, który zgodnie z przewodnikiem jest małą księżniczką. Te wytarte kolana świadczą o tym, że nie wierzymy w przesądy, ale może się uda… Trzeba dotknąć, bo gwarancję spełnienia marzeń mamy jak nic.  Podobno figurka ta wcale tutaj nie pasowała, ale tak spodobała się księciu Walii Karolowi, że wystarał się o jej kopię, a twórcę zaprosił do Londynu. Znalezione! Pogłaskane!

Dobra, czas na obiad. Tym razem nie odpuszczamy. Ma być po węgiersku. Trochę czasu zajmuje nam znalezienie tego, co chcemy, ale mamy stolik, w dodatku obsługa po polsku…

Langosz to taki chrupiący drożdżowy placek smażony na głębokim tłuszczu z sosem czosnkowym i żółtym serem. Przepyszny! Po prostu trzeba spróbować!

Tomek zamawia kolejną specjalność- gulasz z kluseczkami- też bardzo dobry, ale generalnie ten smak znamy, a langosza- nie. Więc na jutro plan obiadowy już jest. Może jeszcze ceny- langosz kosztuje ok. 26 PLN, gulasz jest droższy o jakieś 10 PLN. Jedząc na dworze na rachunku znajdziemy dodatkowo naliczone 12% za obsługę. Z tym też trzeba się liczyć. Nie wiem, czy wszędzie, w miejscach, w których byliśmy i owszem.

Do domu trafiamy ok. 21.00. Nie mamy siły ruszyć palcem u stopy. A planowaliśmy nocny spacer… Nie dzisiaj.

Dodaj komentarz