Malta 2019- zapowiedź

Czy Malta jest grzechu warta? Czyli zimowa pogoń za słońcem.
 
Nie chciałabym być na Malcie w celach turystycznych w pełnym sezonie. Ale chciałabym bardzo wrócić wtedy, kiedy u nas jeszcze zima, a my słysząc nieśmiały śpiew ptaków myślimy sobie, że to już i że od dzisiaj będzie już na pewno ciepło. I w ciągu dnia przychodzi rozczarowanie.
Nasz pomysł na Maltę pojawił się dzięki Adamowi, który rzucił, że on to by chciał Vallettę zobaczyć. A że tam nas jeszcze nie było, zrobiliśmy tak, żeby i urodziny mógł spędzić na Malcie.
 
Marzec to rewelacyjny termin na zwiedzanie Malty. I wiele za tym przemawia. Na pierwszym miejscu stawiam słońce i temperatury- podczas naszego pobytu przekraczały 20 stopni, w godzinach południowych i popołudniowych nawet dosyć sporo. Na drugim miejscu postawię brak tłumów, czyli możliwość używania widoków w spokoju, a na trzecim finanse- jest znacznie taniej niż w sezonie.
 
Nasza grupka radosnych podróżników liczy sobie 11 osób. Wyruszamy na lotnisko w Berlinie busikiem w środę rano, popijając przechowane specjalnie na tą okazję naleweczki. Jeszcze nigdy tak wcześnie nie zgadywałam składu nalewki😊
 
Malta wita nas w południe ciepłym wietrzykiem. I widzimy dopiero lotnisko, a już jest jakoś fajnie…
Nasz plan przewiduje, że poruszamy się tylko komunikacją miejską. Zresztą przy ruchu lewostronnym i tak człowiek ma cały czas wrażenie, że wszyscy na siebie zaraz najadą. Kupujemy bilet na 7 dni (koszt 21 EUR) i wyruszamy do Msidy- małego miasteczka w pobliżu stolicy Valletty. Sieć autobusów w państwie tak małym, że można je porównać do Krakowa jest super rozbudowana. Na mapie wygląda imponująco. I naprawdę można dojechać do każdego miejsca. Tyle, że jak zawsze jest jakieś ale. W zależności od dnia i pory trasę 12 km pokonujemy w ciągu 1 godziny lub w 30 min. Już wiadomo, że nie zawsze można się opierać na rozkładzie jazdy, ale nie jest tak całkiem źle. Dużo gorsze jest to, że wyliczy sobie człowiek przystanki, a autobus nie staje na wszystkich. Bo albo mu trzeba zamachać, jeśli się stoi na przystanku, albo wdusić „stop”, jeśli jest się w środku. A przystanki mają swoje nazwy. Innymi słowy musisz znać nazwę przystanku na którym chcesz wysiąść. Albo jechać z nawigacją. Albo spytać kierowcę. A oni z prawdziwą przyjemnością dają Ci znać, że to tutaj. Nie wyobrażam sobie, jak komunikacja wygląda w okresie największego napływu turystów…
 
Tak więc bez najmniejszych trudności dojeżdżamy do Msidy. I tutaj pojawia się jedyny problem, jaki mieliśmy w czasie naszego pobytu na Malcie- nie możemy znaleźć naszych apartamentów. Kręcimy się w kółko, ale to wina tego, że na wielu domach nie ma numerów, są za to nazwy. My oczywiście wiemy, jak nazywa się nasz dom, ale niewiele nam to daje, bo nie ma na budynku numeru. I w końcu jest! Kartka od wewnętrznej strony drzwi wskazuje, że to właśnie tu!
Popołudnie spędzamy na przygotowaniu się na to, co nastąpi w kolejnych dniach. Jedziemy do Sliemy- kurortu turystycznego, aby pokosztować widoku na stolicę- Vallettę, którą zamierzamy odwiedzić jutro, a po kolacji udajemy się do St. Julian’s, by przy zatoce zrobić sobie zdjęcie ze słynnym napisem LOVE. Jest urokliwie. Podświetlone miasteczka tworzą niepowtarzalną atmosferę. Wracamy wieczorem na inauguracyjną imprezkę😊
 
Co przyciąga uwagę od razu pierwszego dnia pobytu na wyspie? Słońce, słońce, słońce. A poza tym widoczny w każdym miejscu krzyż maltański- symbol czterech cnót rycerskich wierności, honoru, wstrzemięźliwości i przezorności, który dodatkowo jeszcze chroni przed wpływem negatywnych energii. Po drugie kolorowe łodzie rybackie luzzu malowane na niebiesko oraz żółto, ozdobione wyrytymi na rufie parami oczu Ozyrysa mającymi sprawić udany połów i powrót do portu. Po trzecie wszechobecne pastizzi- przysmak z ciasta francuskiego z nadzieniem serowym lub musem groszkowym albo wypełnionych kurczakiem lub mięsem z sosem. Można kupić prawie na każdym rogu. Pychota!
 
Powinnam to chyba jednak napisać na pierwszym miejscu –to, co absolutnie rzuca się w oczy od pierwszego momentu pobytu na Malcie to kościoły- te piękne i te niepozorne z zewnątrz, kryjące w sobie dzieła sztuki. Podobno na Malcie można każdego dnia w roku być w innym kościele i się nam nie powtórzy, bo jest ich grubo ponad 300.
 
Pierwsze wrażenia- przewodniki jednak nie naciągały faktów- jest pięknie!

Dodaj komentarz