„Modern love” – nowoczesna miłość
W „New York Times” poczytnej bądź co bądź gazecie od lat „żyje” kolumna, w której publikowane są felietony ludzi opisujących różne zdarzenia, których częścią stali się oni sami. Reżyser serialu „Modern love” wybrał sobie osiem historii z wspomnianej rubryki i na ich podstawie nakręcił tyle samo krótkich odcinków, łącząc je w jeden serial- serial o różnych obliczach miłości.
Jest więc miłość rodząca się tragicznie, bo para na pierwszej randce trafia do szpitala, miłość wygasająca- para ze stażem odczuwa, że za chwilę nie będzie ich łączyło już nic prócz dzieci, miłość, jakiej szuka osoba chora psychicznie i jak strasznie trudno ją znaleźć, kiedy boi się do tego przyznać, miłość – ta pierwsza, najsilniejsza, która odeszła i po latach ma szansę wrócić, miłość… nie opiszę reszty. A kilka rodzajów na pewno jeszcze zostało. Zobaczcie sami.
Odcinki nie są ze sobą powiązane. Każdy odcinek to odrębna historia. Logicznym jest, że w tak krótkim czasie nie będzie poruszana głębia problemów bohaterów. Nie temu służy ten serial. Jest pięknie, miejscami sentymentalnie, zazwyczaj optymistycznie, aktorzy grają rewelacyjnie, super podkład muzyczny- czego chcieć więcej? Człowiek chce się obejrzeć wszystkie części od razu. Bez szukania drugiego dna i analizowania zdarzeń. Po prostu przyjemne ciepłe oglądanie z kubkiem zimowej herbaty w ręku.
Na Amazon Prime Video (z polskimi napisami), jeśli skusicie się na „Fleabag”, to przy okazji obejrzyjcie również „Modern love” w wersji bardziej soft niż funduje na przytoczona już wcześniej Fleabag
