Koniec wojny. Ponad 600 kobiet z Australii dostaje szansę popłynięcia do Anglii, gdzie znajdują się ich mężowie. Poznały ich podczas wojny, gdy stacjonowali w Australii. Krótkie, bo krótkie to były znajomości, ale wyszły z tego małżeństwa, a po konsumpcji pospiesznie zawartych związków część pań była od razu przy nadziei. Zostawiają wszystko co mają, rodzinę, znajomych, domy. Na statek zabierają marzenia i wyobrażenia o tym, jakich mężów poślubiły i jak będzie wyglądało ich nowe życie. Wprowadzają niezły chaos, który staje się mimo wszystko chaosem zorganizowanym dzięki świetnie wyszkolonym marynarzom.
Do jednej kajuty trafiają cztery młode kobiety. Różnią się wszystkim: każda z nich ma inną historię, zostawia inny majątek, snuje inne plany i marzy o czymś innym. Aż takie skrajne różnice prowadzą do niezrozumienia, które w małej kajucie urasta oczywiście do rangi problemu. A spędzić mają ze sobą bagatela sześć tygodni.
Powieść fikcyjna, ale oparta na prawdziwych wydarzeniach z życia babci autorki. No i cóż. Cieszę się, że ją skończyłam! W końcu, bo czytanie zajęło mi pół roku. Wracałam cztery razy, postanowiłam wrócić i piąty, aby odnaleźć to coś. A poza tym żywię szacunek do pani Moyes za książkę „Zanim się pojawiłeś” i nie chciało mi się wierzyć, że będzie tak, jak było.
Pierwsza połowa wiała nudą i nudą, w drugiej było lepiej, ale do rewelacji daleko. Za dużo opisów niepotrzebnych, które powodują, że opowieść umieszczoną na 500 stronach można by było zamknąć na 400. I byłoby zdecydowanie lepiej. Nie odradzam, bo jak ktoś lubi tą pisarkę, to na pewno przymknie oko. Ja osobiście muszę odpocząć od niej. Zapamiętam książkę jako tą najdłużej czytaną w moim życiu.
