Maciej Siembieda „Kukły”

Jakub Kania stawia właśnie swoje pierwsze kroki w prokuraturze. Jest rok 1997. Mieszka i pracuje w Gdańsku, którego władze otrzymują jedyną w swoim rodzaju ofertę. W zamian za umieszczenie na tablicy pamiątkowej nazwiska Heinza Richtera, zostaną im przekazane oznaki policyjne o dużej wartości. Nikt nie wie, kto to Richter i po co komu te oznaki. Ale jeśli dają…

Żeby się nie ośmieszyć, najpierw trzeba sprawdzić, czy aby autentyczne. I właśnie to zlecenie dostaje Kania. Wnioski mają być krótkie i rzeczowe. No i świeżo mianowany prokurator odkrywa za dużo. Pan Richter nie okazuje się być dobroczynnym aniołem. Ma dużo na sumieniu. Bardzo dużo nawet.

Odkrycie oczywiście nie podoba się wszystkim, więc próbują odsunąć Kanię od całej sprawy. I oczywiście nie bardzo im się to udaje, bo do akcji oprócz niego wkracza atrakcyjna dziennikarka z Niemiec, której też bardzo zależy na tym, aby pogrążyć owego darczyńcę.

Łącząc siły wyruszają w poszukiwaniu świadków wydarzeń, które miały miejsce w czasie wojny. Tych, o których wszyscy wiemy- zbrodnie nazistowskie powiązane z działaniami Himmlera dążącymi do osiągnięcia długowieczności i tych o których nie wiemy prawie nic- tajemnica wiedźmy ze Śląska, tytułowe kukły i tajemnica na długie życie.

I tak czytając to, co napisałam można by wywnioskować- ot nabajał pan Siembieda nieźle. A na końcu okazuje się, że to nie było bajanie. I tutaj ogromne zaskoczenie, bo o takich rzeczach i zdarzeniach raczej nie słyszeliśmy do tej pory.

Świetne połączenie różnych wątków- tych historycznych ze współczesnymi, tych urokliwych z przyziemnymi. Niczego nie ma tam w nadmiarze. Po przeczytaniu człowiek sięga od razu do internetu sprawdzając i ciągle jeszcze wątpiąc, czy to co w posłowiu naprawdę mogło się zdarzyć.

Zaprosił mnie pan Siembieda bardzo do kolejnych swoich książek. Oj zaprosił!

Ocena:
7/10

Dodaj komentarz