Dziś będzie o dwóch miejscach na Cyprze, które mam potrzebę opisać zupełnie z różnych powodów. Zacznijmy od koronek. A koronki to Lefkara i już! Wioseczka zamieszkana przez 1000 mieszkańców, odwiedzana w sezonie przez rzesze turystów. Bo już sam dojazd jest atrakcją. Rzut beretem (20 minut) od Larnaki. Ale droga pod górkę jaka cudna i z górki jaka piękna… Tereny górskie zapierają dech w piersiach. Zresztą- co ja tam będę pisała… Popatrzcie sami!
A potem trzeba wjechać wąską drogą do środka podzielonej na górną i dolną część miejscowości. Hasło przewodnie w tym miejscu to koronka. I żeby nie było, że to tylko tak w rodzinie i pod turystów- nie, nie. Bo jak mówią starsi mieszkańcy, a oni wiedzą najlepiej, Lefkarę odwiedził swego czasu, powiedzmy sobie szczerze- dawno to już było- sam Leonardo da Vinci. Zauroczony jednym z wzorów na koronkowych serwetkach postanowił wykorzystać go przy budowie katedry w Mediolanie.
O koronkowej tradycji nie da się zapomnieć, bo jeśli nie wystawy sklepowe nam o tym przypominają, to kobiety robiące je przy stolikach na ulicy, a w wąskich uliczkach zdjęcia zamieszczone na wielu budynkach. Lefkara jest śliczna, kwitnąca, a sposób na jej zwiedzanie to totalny brak planu i gubienie się w urokliwych zaułkach.
To teraz słów kilka o naszej miejscówce czyli Larnace. Znana z flamingów bez dwóch zdań. Brodzą sobie w zimnym sezonie, tak do końca marca w jeziorze słonym. Są ich tysiące, najwięcej przy lotnisku i wydawałoby się, że uchwycić aparatem to żadna sztuka, a jednak to jest sztuka, która wymaga dobrego aparatu.
Ale skoro już jesteśmy przy flamingach, to trzeba pojechać sobie na drugą stronę do Hala Sultan Tekke. Z daleka prezentuje się pięknie. Z bliska rozczarowuje, bo oczekuje się zupełnie czegoś innego. Ten pałac to meczet. Niezwykle skromy, ale o ogromnym znaczeniu dla wyznawców Allaha. Bo to tutaj pochowali ciotkę. Mahometa, która w tym miejscu dokładnie zginęła. Śmiercią prozaiczną bardzo zginęła- spadła z muła po prostu. Jak w każdym meczecie przede wejściem zdejmujemy buty, sala do modlitwy dla kobiet wydzielona, po środku leży oczywiście kot.
A jeśli już o obrzeżach miasta, to zapraszam w okolice akweduktu. Klasyczny, w stylu rzymskim, do 1939 roku doprowadzał wodę do miasta. I wygląda całkiem fajnie.
To teraz słów kilka o samej Larnace. Jeśli powiem, że większe wrażenie niektóre uliczki robią nocą, to będzie to w zgodzie z tym, co widziałam. Kolorowa i oświetlona, z bardzo klimatycznymi zakątkami. Za dnia do zobaczenia koniecznie Kościół Św. Łazarza, który po odkryciu jego szczątków właśnie w tym miejscu został patronem Larnaki. Jego kości i kawałek czaszki można zobaczyć w sarkofagu. A w kościele piękna i bogata ikonografika, która robi wrażenie na całkiem przeciętnym, za bardzo nie znającym się turyście jak ja.
Larnaka ma swój własny zamek, a dzielnicę wokół niego swego czasu zamieszkiwali Turcy. Historię Cypru już w miarę znamy. Swego czasu musieli wyprowadzić się ze swoich domów i uciekać na drugą stronę wyspy. Pozostały wąskie uliczki z białymi zaniedbanymi i coraz bardziej zadbanymi domkami. Niektóre uliczki w całości adoptowali artyści. I tworzą. Pozostał również meczet. Weszłam do środka, musiałam zakryć głowę, czego nikt nie wymagał w innych meczetach i okrycia nie mogłam zdjąć do wyjścia poza teren meczetu. Mało tego pilnowali mnie, abym była posłuszna.
Co jeszcze w Larnace? Długa urocza promenada nadmorska. Urocza raczej o tej porze roku, bo w sezonie pewnie zapchana. Na końcu Marina. Wąskie kolorowe uliczki z dużą ilością knajpek. I koty, koty, koty.
A kawałek dalej nasz hotel bardzo artystyczny, o którym napiszę więcej jeszcze w ostatniej części podsumowującej całość naszego wyjazdu ku słońcu.




























































