„Życie Violette” Valerie Perrin

Violette ma przechlapane. Od małego niepotrzebna i niedoceniona, potem potrzebna, bo zmywać i pracować ktoś musi, ale nadal niedoceniona. Aż wreszcie doceniona, ale w nowej roli i już chyba nie umie być taką jak kiedyś, nie chce nic więcej.

Po wielu przeżyciach i stratach zostaje dozorczynią na cmentarzu. Mieszka przy grobach i spisuje wspomnienia z pogrzebów. Bez miłości, ale też pozornie bez jej potrzeby. Albo może inaczej- bez nadziei, że jeszcze będzie umiała kochać. Dnie wypełniają rozmowy z krewnymi pochowanych oraz praca w ogródku. Za dużo innych nieszczęść wydarzyło się, żeby nadal o nich myśleć. Niestety nie pozamykała wszystkiego do końca. Nie wie wszystkiego i nie odcięła się ostatecznie od przeszłości. Czy jest jakaś nadzieja dla niej?

Napisałam niejasno z pełnym rozmysłem. Nie chcę zdradzać za dużo, mimo, że książka wielowątkowa i można by było napisać zdecydowanie więcej. Prawie 500 stron też robi swoje. Do tego nie ma w niej pośpiechu, więc nie czyta się jednym tchem i w ciągu jednego wieczoru.

Ale… ale warto. Warto przeczytać tym, którzy lubią literaturę piękną, bo to zdecydowanie ten gatunek. Warto przeczytać tym, którzy chwilowo zwątpili, że po śmierci najbliższych można jeszcze żyć. I warto przeczytać też tym, którzy lubią smutne historie w których ciągle jeszcze tkli się nadzieja.

 

Ocena:
7/10

Dodaj komentarz